Blog > Komentarze do wpisu
Przygody Tintina (2011)
Przygoda pierwsza, suto zakrapiana.


Pamiętacie ze swojego dzieciństwa te filmy - skierowane do dzieci - gdzie autorzy nie udawali, że świat, w którym żyjemy pozbawiony jest krwi, śmierci i choroby alkoholowej? Niestety od jakiegoś czasu przewrażliwieni producenci napędzani przez Motion Picture Assosiation of America - wyrocznię przyznającą filmom decydujące o wpływach kategorie wiekowe - otaczają najmłodszych coraz większym kokonem bezpieczeństwa. A już przecież co najmniej od Zabić drozda wiadomo, że tylko szczerość w portretowaniu zła tego świata może stanowić dla najmłodszych wartość poznawczą, nie mówiąc o tym, że takie motywy zapadają w pamięć najgłębiej stając się częścią świadomości zbiorowej pokolenia. Ta szczerość jest obecna w Przygodach Tintina, którym nadaje - kontrastującego z technologią użytą przy realizacji, ale dobrze komponującego się z czasem akcji - sznytu retro. Wystarczy powiedzieć, że siłą napędową całej opowieści jest właśnie alkohol (i to dosłownie!).
Film jest wierną duchem adaptacją dwóch (powstałych w wojennych latach 40.) zeszytów serii autorstwa Belga Hergé opowiadającej o przygodach tytułowego Tintina - dziennikarza-awanturnika, który już na początku zostaje wplątany w aferę związaną z tytułowym "Jednorożcem" - zaginionym XVII-wiecznym okrętem. Groźby karalne, splądrowane mieszkanie i mężczyzna konający na progu kamienicy nie tylko nie odstraszą młodego bohatera, ale pobudzą jego ciekawość, która wkrótce zaprowadzi go na morze i w przestworza - a będzie to dopiero początek przygody, jakiej amerykańskie kino nie widziało gdzieś od lat 80.
W niedawnym wywiadzie dla innego Lisa Krystyna Janda stwierdziła, iż clou aktorskiej ekspresji są oczy - to w nich ujście znajdują wszelkie emocje, to one są zwierciadłem duszy bohatera. To właśnie oczy były przedmiotem krytyki poprzednich filmów realizowanych techniką motion capture, swoją martwotą zsyłając widzów na samo dno doliny niesamowitości. Przygody Tintina są w tym względzie technologicznym krokiem do przodu - złość, tęsknota, smutek, radość bohaterów zostają w sposób dość przekonujący odmalowane na ich obliczach. To wciąż nie są jednak ludzie, co podkreśla nadany im z lekka karykaturalny rys, odcinający się na tle zachowującego maksymalny realizm fizyczno-architektoniczny świata przedstawionego. Ta pozorna sprzeczność bliska jest stylowi rysowania Hergé i sprawdza się na ekranie.
Szacunek dla pierwowzoru odbija się w licznych oczkach puszczanych w stronę fanów oraz w sportretowaniu postaci (jak i samego autora!) oraz wiernym przełożeniu poszczególnych wątków na język filmu. Równocześnie z tej materii, w niewielkim stopniu wzbogaconej inwencją scenarzystów, została utkana nowa trójaktowa narracja, która podobnie jak pierwowzór literacki kończy się zapowiedzią dalszego ciągu. Jest to najlepsza i z największym pietyzmem przygotowana adaptacja klasycznego komiksu frankofońskiego w ostatniej dekadzie. Fakt, że za realizację odpowiedzialne są ikony Hollywoodu udowadnia postępującą globalizację kultury i jest prztyczkiem w nos dla wszystkich kulturowych europocentryków.
Wierność komiksowemu pierwowzorowi jest zarówno siłą, jak i słabością tej ekranizacji.  Tintin-bohater to nieznośny harcerzyk bez wad - zawsze rozsądny, odważny, rozważny, szlachetny, przezorny i, niestety, z perspektywy współczesnego odbiorcy. nudny - ot, klasyczna Marysia Zuzanna. Tintin-komiks jest więc silny siłą postaci drugoplanowych, cichych bohaterów narracji, swoimi dziwactwami i uzależnieniami posuwającymi ją do przodu. Niespecjalnie dziwi więc, że od momentu pojawienia się na ekranie nie wylewającego za kołnierz porywczego kapitana Baryłki, to on kieruje fabułę ku zakończeniu. Tintin jest tu "tylko" postacią towarzyszącą, głosem rozsądku i otrzeźwienia. Napięcie komicznie rozładowują z kolei policjanci Tajniak i Jawniak oraz pies Miluś - wierny towarzysz głównego bohatera, podnosząc przy tym zauważalnie poziom dowcipu znany z kart komiksu.  Przyjemność (na poziomie humorystycznym) z lektury dowolnego albumu z przygodami Tintina można bowiem przyrównać do oglądania na szczęście wciąż hipotetycznego stand-upu Karola Strasburgera. To jednak nie dyskusyjnej jakości poczucie humoru zapewniły autorowi miejsce w panteonie komiksowych twórców, lecz umiejętność tworzenia epickich komiksów przygodowych, czego pośrednim dowodem omawiany film.
Analizujący twórczość Spielberga chętnie podkreślają, że rozwija się ona dwutorowo - obok efekciarskich blockbuterów sci-fi reżyser realizuje ważne filmy historyczne (m.in. Imperium Słońca, Lista Schindlera, Monachium). Podział to skądinąd słuszny, ale kierując się nim łatwo zbagatelizować publicystyczny charakter takich dzieł jak chociażby Park Jurajski, pod płaszczykiem filmu grozy z dinozaurami krytykujący konsumeryzm i ostrzegający przed niekontrolowanymi eksperymentami naukowymi czy Raport Mniejszości, eksplorujący - jak na adaptację prozy Dicka przystało - problem tożsamości jednostki. W ostatnich dwóch dekadach ciężko odnaleźć w filmografii Spielberga dzieło równie wolne od komentarza na temat rzeczywistości co Tintin. Nawet jego poprzedni z założenia film przygodowy (i jednocześnie poprzedni film w ogóle) - ostatni póki co rozdział przygód Indiany Jonesa sprawdził się bardziej jako wiwisekcja amerykańskiego społeczeństwa lat 50., ze wszystkimi jego niepokojami podsycanymi przez popkulturę i komisję McCarty'ego, niż jako new adventure cinema (czyli "nowe kino przygodowe", broń Borze nie "kino nowej przygody" - termin ukuty przez historyka kina Jerzego Płażewskiego, który był na bakier z angielskim i/lub logiką) w tradycji poprzednich części. Spielberg albo wydoroślał, albo się zestarzał, ukochana przez recenzentów łatka wiecznego dziecka Hollywoodu jednak została. Przygody Tintina, którymi reżyser powraca do typu opowieści filmowej porzuconej w późnych latach 80.,  raczej w jej pozbyciu mu nie pomogą. To czysta, nieskrępowana ambicjami przypodobania się bardziej intelektualizującej krytyce rozrywka. I o ile nie boli mnie nieobecność w filmie Spielberga-komentatora, o tyle odczuwam brak jego znaku rozpoznawczego - zręcznej manipulacji uczuciami widzów. Choć chwil grozy i napięcia nie brakuje, Przygody Tintina pozostawiły mnie w emocjonalnym odrętwieniu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że i sam reżyser, który już dawno skierował swoją karierę na nieco inne tory, nie odczuł emocjonalnej więzi z bohaterami, realizując film w sposób nadzwyczaj sprawny warsztatowo, ale bez pasji. Na tę trzeba będzie chyba poczekać do Czasu Wojny (ang. War Horse, war - wojna, horse - czas).

 

The Adventures of Tintin: The Secret of the Unicorn, reż. Steven Spielberg, scen. Steven Moffat, Edgar Wright i Joe Cornish na podstawie serii komiksowej Przygody Tintina autorstwa Hergé; w wersji oryginalnej głosów użyczyli: Jamie Bell, Andy Serkis, Daniel Craig, Simon Pegg, Nick Frost i inni; USA/Nowa Zelandia 2011.

czwartek, 17 listopada 2011, lis

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Pan Miluś, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/11/18 22:44:04
Jak dla mnie film-jazda bez trzymanki, trochę jak "Indiana i Świątynia Zagłady"



Mój film łeb:



Legenda:

Kawał kina! -
Warto -
Niezły -
Tylko z nudów -
Nigdy w życiu! -


Lista osobista: