Blog > Komentarze do wpisu
TRON: Dziedzictwo (2010)
Ontologia w entourage'u sci-fi.


Jestem w zdecydowanej mniejszości, która gotowa jest przyznać się do bezwarunkowego uwielbienia dla debiutanckiego obrazu Josepha Kosinskiego. O ile większość krytyków (i wyjątkowo tym razem zgodnej z nimi publiczności) doceniło wizualną stronę przedsięwzięcia, o tyle suchej nitki nie pozostawiono na warstwie fabularnej, posądzając scenarzystów o wtórny infantylizm, bądź takież mniemanie o widowni. Tymczasem jest to film nie tylko efektowny, ale i mądry, choć skomplikowane procesy myślowe podczas projekcji nie są wskazane.

Gdy w 1982 roku na ekrany kin wchodził oryginalny TRON, jego odbiór był trochę lepszy, z biegiem czasu popadł jednak nieco w zapomnienie. Na pozór intrygująca technologiczna rewolucja (pierwszy film, w którym zastosowano zaawansowaną - well, zaawansowaną w 1982 roku - animację komputerową) przegrała chyba z poczuciem estetyki widzów. Ot, film był zwyczajnie brzydki. Tę lekcję twórcy sequelu wzięli sobie do serca, tworząc urzekający świat pełen neonów i pięknych pań. A muzyka? Ach, muzyka.

Beau Garrett

Największym problemem, jaki większość widzów zdaje się mieć z obiema częściami potencjalnie dłuższego cyklu jest trudność w akceptacji centralnego konceptu fabularnego - programów wyglądających jak ludzie i tworzących społeczności. Pomysł lokuje oba tytuły zdecydowanie bliżej słowa „fantastyka” niż „naukowa”, ale nie powinno to stanowić problemu dla tych, którzy potrafią zajrzeć pod etykietki. W pierwszej części Kevin Flynn (Bridges) trafia do wnętrza komputera, gdzie obala tyranię zaprowadzoną przez pewien program bezpieczeństwa (jak wiadomo im więcej bezpieczeństwa tym mniej wolności). W drugiej części, do tego samego komputera trafia jego syn Sam (Hedlund), zastając podobny porządek, ale podnosząc stawkę - zagrożony zostaje świat rzeczywisty.

Olivia Wilde

TRON: Dziedzictwo dziedzictwo TRONa traktuje z rozczulającą adoracją. Nie tylko wiernie odwzorowano lokalizacje i wskrzeszono stare postaci (wykorzystując Jeffa Bridgesa i Bruce'a Boxleitnera), oddano również specyficznego ducha oryginału, łączącego alegoryczność fabuły z efektowną akcją. W filmie z lat 80. wnętrze komputera jest metaforą państwa totalnego, Dziedzictwo zaś opowiada o cudzie życia, unikając jednak stawiania wielkich tez. Temat wbrew komercyjnym pozorom jest jak najbardziej odpowiedni, bowiem TRON: Dziedzictwo jest filmem dla zmysłów i duszy, a nie do intelektualnej analizy.
Pod względem wizjonerstwa ośmielę się postawić omawiany film na tej samej półce, co 2001: Odyseję kosmiczną Kubricka (wiem, po bandzie!). Na niej też w 1968 roku wielu wieszało psy.

 


TRON: Legacy, reż. Joseph Kosinski, scen. Edward Kitsis i Adam Horowitz, wyst. Jeff Bridges, Garrett Hedlund, Olivia Wilde, Bruce Boxleitner; USA 2010.

poniedziałek, 09 stycznia 2012, lis

Polecane wpisy




Mój film łeb:



Legenda:

Kawał kina! -
Warto -
Niezły -
Tylko z nudów -
Nigdy w życiu! -


Lista osobista: