Blog > Komentarze do wpisu
Wiek Adaline (2015)
O Blake Lively w roli matki Ellen Burstyn.

Jedną z większych niesprawiedliwości, jakie recenzent (niekoniecznie profesjonalista) może wyrządzić filmowi jest ocenianie go za to, czym nie jest – pokusa ku temu pojawia się za każdym razem, gdy fabuła filmu rozwija się nie w tę stronę, której tenże sobie życzy lub też uderza nie w te akordy, które sobie wymarzył (po obejrzeniu zwiastuna, przeczytaniu opisu czy już w trakcie samego seansu).  Wiek Adaline – opowieść o kobiecie, która w wyniku nagłego zatrzymania się procesu starzenia komórek przeżywa niemal 80 lat jako 29-latka – nie jest więc świadectwem zmieniającej się epoki ani też filozoficzną przypowieścią z gatunku sci-fi (choć oparty jest na założeniu jakby żywcem wyjętym ze Strefy mroku), a jedynie mocno ograniczoną próbą współczesnej rekonstrukcji mitu o źródle wiecznej młodości podaną w konwencji klasycznego romansu. I jako taka broni się spójną, pozbawioną zbędnych ozdobników, narracją, choć okazjonalnie zdarza się jej powielać zbyt oczywiste klisze (FYI: z kliszami mamy do czynienia wtedy, gdy jesteśmy w stanie co do słowa odgadnąć brzmienie kwestii, która za chwilę padnie z ekranu).

Adaline to kobieta posągowo piękna (Blake Lively), ale też – wskutek dekad spędzonych na na uciekaniu od angażowania się w jakiekolwiek głębsze relacje – zimna jak kamień. Choć więc wciąż szczodrze obdarza kręcących się wokół niej mężczyzn życzliwym uśmiechem i z pokorą przyjmuje kolejne komplementy, to jednak trzyma ich na dystans, zwłaszcza teraz, w przededniu kolejnej zmiany tożsamości. Gdy jednak jeden facet okazuje się wyjątkowo uparty, w jej sercu – ponad stuletnim, ale bijącym z energią młodej kobiety – pojawia się wątpliwość.

Mit o nieśmiertelności/wiecznej młodości, jako obecny w kulturze od jej zarania, został przemielony przez ludzkość na wszystkie strony – wpierw wyczekiwany jako dar, wkrótce okazywał się przekleństwem – źródłem traumy spowodowanej chowaniem najbliższych i rejestrowaniem w pamięci kolejnych tragedii będących udziałem ludzkości. Dla Adaline przeszłość jest jednak wyłącznie źródłem nostalgicznych wzruszeń, a wojny i trzęsienia ziemi – punktami orientacyjnymi pozwalającymi na przywołanie konkretnych wspomnień. Jest kobietą taką, na jaką wygląda, a nie taką, na jaką się czuje – bez bagażu osobistych doświadczeń lecz z wciąż żywymi marzeniami.

Jej osobistym przekleństwem jest zaś niemożność spełnienia jednego z nich – wspólnego zestarzenia się z drugą osobą. Bez tego, jej zdaniem, miłość nie ma sensu. Wydawać by się mogło, że ta nad wyraz dojrzała kobieta miała dość czasu, żeby zweryfikować swoje przekonania w praktyce (zwłaszcza, że nie musiała się przejmować upływającym czasem, zmarszczkami czy tykającym zegarem biologicznym), a jednak ten pogląd ma wyłącznie charakter deklaratywny, a swoje źródło ma nie tyle w nieudanych doświadczeniach z mężczyzami, co własnych wyobrażeniach na temat szczęśliwego związku. W rezultacie zamiast współczucia, postać Adaline wywołuje raczej złość kinowego obserwatora, tym bardziej, że nie dane jest mu poznać historii zmagania się jej ze swoją przypadłością. I choć nie chcę tu popełniać grzechu opisanego we wstępie tego wpisu, to akurat background story Adaline jest tym, co pozwoliłoby na opowiedzenie bardziej angażującej emocjonalnie opowieści. Mimo to Wiek Adaline pozostaje bardzo kompetentnie zrealizowanym melodramatem, wiernym jego żelaznym regułom i w większości uderzającym we właściwe struny. Miłośniczki gatunku mogą do mojej oceny spokojnie doliczyć jedną gwiazdkę, a wszystkim innym polecam, aby zwrócili szczególną uwagę na pojawiającego się na drugim planie Anthony’ego Ingrubera, który doskonale odtwarza nie tyle młodszą wersję postaci wykreowanej przez Harrisona Forda, co samego Harrisona Forda z samych początków kariery, ze wszystkimi jego manieryzmami i tembrem głosu włącznie. Oto dowód prawdziwej nieśmiertelności.

The Age of Adaline, reż.  Lee Toland Krieger, scen. J. Mills Goodloe i Salvador Paskowitz; wyst. Blake Lively, Michiel Huisman, Ellen Burstyn, Harrison Ford; USA 2015.

poniedziałek, 08 czerwca 2015, lis

Polecane wpisy




Mój film łeb:



Legenda:

Kawał kina! -
Warto -
Niezły -
Tylko z nudów -
Nigdy w życiu! -


Lista osobista: