Blog > Komentarze do wpisu
Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie (2016)

O kinowym odpowiedniku "Kevina samego w domu"

W największym skrócie Łotr 1 jest pełnometrażowym rozwinięciem wydarzeń opisanych w napisach początkowych do Nowej nadziei, a więc – SPOILER ALERT (srsly?) – historii wykradzenia planów nowej broni Imperium, która położy kres dość chaotycznym działaniom Rebelii i zdusi w zarodku plany odbudowania Republiki. Jak to w Gwiezdnych Wojnach bywa, wątek mesjanistycznej odpowiedzialności za losy galaktyki przeplata się z wątkiem osobistym: sukces misji Jyn Erso, głównej bohaterki tej opowieści (Felicity Jones), pozwoli na odkupienie przynajmniej części win jej ojca, zniewolonego kolaboranta Imperium.

Łotr 1 jest filmem formalnie nienagannym – sprawnym, szanującym zarówno historię serii, jak i własną odrębność, rozwijającym wizualny język sagi (wreszcie dali sobie spokój z tymi tandetnymi przejściami montażowymi), trzymającym dobre tempo i operującym na tym samym rejestrze emocjonalnym co oryginał sprzed czterech dekad. W tym sensie jest to najlepszy film z gwiezdnowojennego uniwersum od czasu Powrotu Jedi (1983).

Jednocześnie Łotr 1 powiela problem, który dał o sobie znać już przy okazji Przebudzenia mocy, jednak wówczas wyrosły z nostalgii i oczekiwań hajp stępił ostrze krytyki, jaka powinna była spaść na dzieło J.J. Abramsa. Obie disnejowskie próby rozszerzenia mitologii SW są bowiem boleśnie wtórne i jako takie stanowią – na gruncie fabularnym – dość wyraźny krok wstecz w stosunku do tego, co do zaproponowania miał w swoim autorskim dziele George Lucas w epizodach I-III. Przebudzenie mocy było de facto miękkim remakiem Nowej nadziei, choć przecież historia sagi mogła zostać poprowadzona w milion różnych kierunków (where no Jedi has gone before).

Na tym tle należy spojrzeć na Łotra 1 nieco przychylniej, bo, choć scenarzystów ograniczał sztywny gorset timeline’u zdefiniowanego przez poprzednie części sagi, nadali poszczególnym elementom opowieści w miarę oryginalny sznyt (chociażby przez wprowadzenie nowych, dobrze nakreślonych postaci), a nawet przemycili refleksję na temat przedmiotowego stosunku systemu totalitarnego do własnych zasobów ludzkich i rewolucji, która pożera własne dzieci. Przesłania trzeba szukać głębiej niż u Lucasa, ale jest.

Nie sposób jednak nie zauważyć, że jest to kolejny film z serii opowiadający mniej więcej o tym samym, a więc o zakradaniu się przez Rebeliantów do baz Imperium celem wykradzenia lub zniszczenia czegoś i zarazem kolejny, w którym bohater(ka) ma daddy issues. Zamiast więc wykorzystać możliwości, jakie oferuje bogate uniwersum SW (bogatsze niż jakiekolwiek inne franczyzowe uniwersum, jakie w ostatniej dekadzie rozpanoszyło się po kinach), Disney (że uproszczę) zdaje się świadomie ograniczać rozwiązania fabularne celem corocznego wskrzeszania tych samych emocji. Wszystko wskazuje na to, że kolejne odsłony będą budowane wciąż z tych samych klocków — tych samych zwrotów akcji, tych samych relacji między bohaterami, tych samych motywacji, indywidualnych i kolektywnych. Gwiezdne wojny będą utrzymywane przy życiu przez wieczne powtórzenie.

Nowe SW wykorzystują więc tę samą tęsknotę, która przez lata zapewniała sprzedaż laserdisków i VHS-ów z oryginalnymi częściami cyklu (IV-VI) — pozwalają wrócić do dobrze znanego świata i odkurzyć związane z nim emocje. Przy takim podejściu wtórność jest, niestety, nieunikniona, podobnie jak gasnący stopniowo entuzjazm, zgodnie z zasadą wyrażoną w angielskim idiomie familiarity breeds contempt (przyzwyczajenie rodzi lekceważenie/pogardę). Swoją powszechnością (wszechobecnością) seria zostanie metodycznie odarta z wyjątkowości. SW swój status w kulturze masowej zawdzięcza wszak nie tylko samym filmom, ale też nostalgiczno-sentymentalnemu wyobrażeniu tychże i wspomnieniu własnego kinowego oczarowania. W przypadku młodszych widzów można mówić o nostalgii odziedziczonej po tatusiach-nerdach.

Każdy kolejny film, choć pozornie opowiadający coś nowego, będzie więc oznaczał powrót do dobrze znanej i już oswojonej opowieści. Okołoświąteczna data premiery kolejnych części będzie z kolei czerpać z rozbudzanej w tym okresie potrzeby podtrzymywania tradycji i celebrowania rytuałów cofających nas do czasów dziecięcej niewinności. O ile podejście producentów nie ulegnie zmianie, Gwiezdne Wojny staną się wkrótce dla kinomanów tym, czym dla polskiej świątecznej widowni telewizyjnej jest Kevin sam w domu. Świątecznym rytuałem, żartem lub przekleństwem.

 

Rogue One, reż. Gareth Edwards, scen. Chris Weitz i Tony Gilroy; wyst. Felicity Jones, Diego Luna, Ben Mendelsohn; USA 2016.

poniedziałek, 09 stycznia 2017, lis

Polecane wpisy




Mój film łeb:



Legenda:

Kawał kina! -
Warto -
Niezły -
Tylko z nudów -
Nigdy w życiu! -


Lista osobista: