Kategorie: Wszystkie | Cała reszta | Rankingi | Recki | Zwiastuny
RSS
wtorek, 31 stycznia 2017
La La Land (2016)

O musicalu kultury remiksu.

lalaland

Tekst zawiera delikatne spoilery.

Ona (Emma Stone) marzy o tym, by zostać aktorką, on (Ryan Gosling) pragnie otworzyć własny klub jazzowy. Oboje są pasjonatami sztuki, którą decydują się uprawiać. Łączy ich miłość do kultury przeszłości, na której zbudowali swoją tożsamość oraz miasto, które w ich oczach, mimo swoich wad (takich jak choćby powierzchowne traktowanie własnej historii), będzie tym miejscem, gdzie spełnią się ich marzenia.

Ich własne fascynacje przenikają się z wrażliwością reżysera Damiena Chazelle'a, który z jednej strony obficie cytuje z klasyków musicalu, z drugiej pozwala Sebie (bohaterowi Goslinga) zajmująco opowiadać o historii jazzu i tym, jak on rozumie jego istotę. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że La La Land to passion project reżysera.

Film, pomimo względnej błahości opowiadanej historii, czaruje estetyką wykonania oraz szczerością (jako bliskim krewnym naiwności). W erze, gdy większość hollywoodzkich produkcji wysokobudżetowych realizowanych jest w odcieniach zielononiebieskiego i pomarańczowego, ujrzenie świata przedstawionego w szerokiej palecie intensywnych barw (jak u wczesnego Almodóvara) jest doświadczeniem odświeżającym. Zdjęcia przedstawiają Los Angeles w wyjątkowo korzystnym świetle (nie dziwią liczne artykuły zachęcające do podążania śladami bohaterów), a montaż nadaje opowieści niezbędnej dynamiki, przywołując jedocześnie najlepsze momenty z poprzedniego projektu reżysera – Whiplash (całość zmontował ten sam Tom Cross, wówczas nagrodzony Oscarem). Dzięki szczerości zaś Chazelle’owi udaje się zręcznie balansować na krawędzi kiczu (scena w obserwatorium) i chwytać za serce pomimo sprzedawania dość prostej i kinowo ogranej – w trakcie projekcji mój umysł najczęściej przywoływał obrazy z 500 dni miłości – historii.

Przy całym ogromie niezaprzeczalnego talentu, Emma Stone i Ryan Gosling nie są nowymi Debbie Reynolds i Genem Kellym. Na tle musicalowych gwiazd przeszłości wypadają ledwie poprawnie, ale i zyskują na autentyczności jako ci, którzy dopiero stoją u progu sławy. Jednocześnie relatywne amatorstwo pary głównych aktorów pokazuje niestety, jak martwym gatunkiem jest musical (umówmy się, że Step Upy, mimo sukcesu finansowego, trafiają jednak w niszę i tacy też aktorzy – niszowi – znajdują tam zatrudnienie). La La Land może być początkiem krótkotrwałej mody na mainstreamowy musical, ale raczej nie doprowadzi do jego trwałego wskrzeszenia – przynajmniej dopóki nie pojawi się ktoś, kto podejdzie do gatunku z pozycji innej niż postmodernistyczna. Jest to musical kultury remiksu, piękna róża pozostawiona na zapomnianym nagrobku.

La La Land to drugi z rzędu film Chazelle’a, którego przesłanie sprowadza się do: kariera (sukces) okupiona jest poświęceniem – złożeniem w ofierze czegoś, co w danej chwili wydaje się fundamentalne dla naszego szczęścia, ale z jakichś powodów pozostaje kłopotliwym balastem. Nie uważam, że teza ta jest z gruntu fałszywa, ale nie kupuję jej jako prawdy absolutnej, a powtarzanie jej w drugim kolejnym filmie zdaje się sugerować, że właśnie tak traktuje ją Chazelle. Czy to tylko cyniczna obserwacja człowieka, który na co dzień obserwuje realia życia w L.A., czy może jest w tych bliźniaczych historiach pierwiastek autobiograficzny?

Na szczęście w sprzedawaniu tej myśli nie jest tu tak radykalny jak w Whiplash. Chazelle już nie usprawiedliwia, a jedynie przygląda się ze zrozumieniem, dzięki czemu obraz kończy się nutą w najgorszym razie słodko-gorzką, co w połączeniu z wyjątkowo zręcznym żonglowaniem znanymi motywami i techniczną biegłością skutkuje dziełem sycącym zmysły i głęboko satysfakcjonującym. Warto dać się oczarować.

 

La La Land, scen i reż. Damien Chazelle, wyst. Emma Stone, Ryan Gosling; USA 2016.

poniedziałek, 09 stycznia 2017
Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie (2016)

O kinowym odpowiedniku "Kevina samego w domu"

W największym skrócie Łotr 1 jest pełnometrażowym rozwinięciem wydarzeń opisanych w napisach początkowych do Nowej nadziei, a więc – SPOILER ALERT (srsly?) – historii wykradzenia planów nowej broni Imperium, która położy kres dość chaotycznym działaniom Rebelii i zdusi w zarodku plany odbudowania Republiki. Jak to w Gwiezdnych Wojnach bywa, wątek mesjanistycznej odpowiedzialności za losy galaktyki przeplata się z wątkiem osobistym: sukces misji Jyn Erso, głównej bohaterki tej opowieści (Felicity Jones), pozwoli na odkupienie przynajmniej części win jej ojca, zniewolonego kolaboranta Imperium.

Łotr 1 jest filmem formalnie nienagannym – sprawnym, szanującym zarówno historię serii, jak i własną odrębność, rozwijającym wizualny język sagi (wreszcie dali sobie spokój z tymi tandetnymi przejściami montażowymi), trzymającym dobre tempo i operującym na tym samym rejestrze emocjonalnym co oryginał sprzed czterech dekad. W tym sensie jest to najlepszy film z gwiezdnowojennego uniwersum od czasu Powrotu Jedi (1983).

Jednocześnie Łotr 1 powiela problem, który dał o sobie znać już przy okazji Przebudzenia mocy, jednak wówczas wyrosły z nostalgii i oczekiwań hajp stępił ostrze krytyki, jaka powinna była spaść na dzieło J.J. Abramsa. Obie disnejowskie próby rozszerzenia mitologii SW są bowiem boleśnie wtórne i jako takie stanowią – na gruncie fabularnym – dość wyraźny krok wstecz w stosunku do tego, co do zaproponowania miał w swoim autorskim dziele George Lucas w epizodach I-III. Przebudzenie mocy było de facto miękkim remakiem Nowej nadziei, choć przecież historia sagi mogła zostać poprowadzona w milion różnych kierunków (where no Jedi has gone before).

Na tym tle należy spojrzeć na Łotra 1 nieco przychylniej, bo, choć scenarzystów ograniczał sztywny gorset timeline’u zdefiniowanego przez poprzednie części sagi, nadali poszczególnym elementom opowieści w miarę oryginalny sznyt (chociażby przez wprowadzenie nowych, dobrze nakreślonych postaci), a nawet przemycili refleksję na temat przedmiotowego stosunku systemu totalitarnego do własnych zasobów ludzkich i rewolucji, która pożera własne dzieci. Przesłania trzeba szukać głębiej niż u Lucasa, ale jest.

Nie sposób jednak nie zauważyć, że jest to kolejny film z serii opowiadający mniej więcej o tym samym, a więc o zakradaniu się przez Rebeliantów do baz Imperium celem wykradzenia lub zniszczenia czegoś i zarazem kolejny, w którym bohater(ka) ma daddy issues. Zamiast więc wykorzystać możliwości, jakie oferuje bogate uniwersum SW (bogatsze niż jakiekolwiek inne franczyzowe uniwersum, jakie w ostatniej dekadzie rozpanoszyło się po kinach), Disney (że uproszczę) zdaje się świadomie ograniczać rozwiązania fabularne celem corocznego wskrzeszania tych samych emocji. Wszystko wskazuje na to, że kolejne odsłony będą budowane wciąż z tych samych klocków — tych samych zwrotów akcji, tych samych relacji między bohaterami, tych samych motywacji, indywidualnych i kolektywnych. Gwiezdne wojny będą utrzymywane przy życiu przez wieczne powtórzenie.

Nowe SW wykorzystują więc tę samą tęsknotę, która przez lata zapewniała sprzedaż laserdisków i VHS-ów z oryginalnymi częściami cyklu (IV-VI) — pozwalają wrócić do dobrze znanego świata i odkurzyć związane z nim emocje. Przy takim podejściu wtórność jest, niestety, nieunikniona, podobnie jak gasnący stopniowo entuzjazm, zgodnie z zasadą wyrażoną w angielskim idiomie familiarity breeds contempt (przyzwyczajenie rodzi lekceważenie/pogardę). Swoją powszechnością (wszechobecnością) seria zostanie metodycznie odarta z wyjątkowości. SW swój status w kulturze masowej zawdzięcza wszak nie tylko samym filmom, ale też nostalgiczno-sentymentalnemu wyobrażeniu tychże i wspomnieniu własnego kinowego oczarowania. W przypadku młodszych widzów można mówić o nostalgii odziedziczonej po tatusiach-nerdach.

Każdy kolejny film, choć pozornie opowiadający coś nowego, będzie więc oznaczał powrót do dobrze znanej i już oswojonej opowieści. Okołoświąteczna data premiery kolejnych części będzie z kolei czerpać z rozbudzanej w tym okresie potrzeby podtrzymywania tradycji i celebrowania rytuałów cofających nas do czasów dziecięcej niewinności. O ile podejście producentów nie ulegnie zmianie, Gwiezdne Wojny staną się wkrótce dla kinomanów tym, czym dla polskiej świątecznej widowni telewizyjnej jest Kevin sam w domu. Świątecznym rytuałem, żartem lub przekleństwem.

 

Rogue One, reż. Gareth Edwards, scen. Chris Weitz i Tony Gilroy; wyst. Felicity Jones, Diego Luna, Ben Mendelsohn; USA 2016.

środa, 30 listopada 2016
Niepotrzebni mogą odejść (1947)

O terroryzmie bez ideologii.

oddman1

 

Johnny McQueen (świetny James Mason) jest przywódcą bojówki terrorystycznej, która – choć jej nazwa z ekranu nigdy nie pada – ze względu na miejsce (miasto w Irlandii Północnej, prawdopodobnie Belfast) i czas akcji (druga połowa lat 40.) musi przywodzić na myśl IRA, podówczas obecną na scenie polityczno-społecznej Irlandii już trzecią dekadę. Postrzelony podczas napadu rabunkowego i zgubiony przez swoich towarzyszy, Johnny ukrywa się przed przeczesującymi każdy zakątek miasta policjantami. Z drugiej strony frontu na jego poszukiwania rusza Kathleen, w której domu ukrywał się przez ostatnie pół roku. Kathleen kocha Johnny’ego, choć siłę tego uczucia dopiero sobie uświadomi.

Obraz, wbrew klasyfikacji zamieszczonej na filmwebach, nie stanowi przykładu filmu noir – z tym gatunkiem reżyser Carol Reed zmierzy się dopiero dwa lata później w arcydzielnym Trzecim człowieku z Orsonem Wellsem, choć i tu gatunkowi puryści mogą zaprotestować, upierając się, że niezbywalną cechą filmu noir musi być jego amerykańskość. Tak czy siak, Niepotrzebnym… zdecydowanie bliżej do klasycznego melodramatu doprawionego szczyptą opowieści dickensowskej.

Mimo że fabularnym punktem wyjścia jest działalność rewolucyjna, a więc stricte polityczna, film pozostaje z premedytacją apolityczny, o czym informuje już na początku stosowna plansza:  

 oddm1

[Tłem tej opowieści są polityczne napięcia w jednym z miast Irlandii Północnej. Jej istotą nie jest walka pomiędzy organami prawa a nielegalną organizacją, lecz konflikt rozgrywający się w sercach jej przypadkowych bohaterów.]

Nigdy nie poznajemy więc ideałów ani celów politycznych Johnny’ego i pozostałych członków jego grupy – możemy domyślać się go wyłącznie z kontekstu historycznego. Również osoby, które w trakcie tego wieczoru spotykają na swojej drodze głównego bohatera, choć rozpoznają w nim terrorystę i poszukiwanego zabójcę, jak jeden mąż wzbraniają się przed deklaracjami i zaangażowaniem, jakby ten definiujący życie w kraju i stosunki społeczne konflikt osobiście ich nie dotyczył. Okazywane mu współczucie ma wymiar czysto ludzki i wynika z faktu, że jest ciężko ranny. Źródło tych ran wydaje się być zupełnie bez znaczenia.

Twórcy nigdy nie zarysowują więc głównej osi sporu ideologicznego, co – choć jest ich świadomym wyborem, nadającym całości wymiaru uniwersalnego moralitetu – sprawia, że gdy skonfliktowani (ze sobą, ale też wewnętrznie) bohaterowie dzielą się swoimi wątpliwościami i racjami, lub gdy Johnny przeżywa epifanię, ich słowom brakuje ciężaru autentyczności, a moralna ambiwalencja głównego bohatera musi być wzięta na wiarę. Niepotrzebni… zawodzą więc tam, gdzie triumfowała zrealizowana pięć lat wcześniej Casablanca: tam też polityka była tłem dla opowieści romantycznej, ale precyzyjnie zarysowana stanowiła katalizator akcji i pozwalała na pełne zrozumienie racji każdej z postaci. Tu wszyscy mówią naokoło i nigdy nie dotykają sedna sytuacji, w której się znaleźli.  

Odd Man Out, reż. Carol Reed, scen. F. L. Green i R. C. Sherriff; wyst. James Mason, Robert Newton, Kathleen Ryan; Wlk. Brytania 1947.

poniedziałek, 08 czerwca 2015
Wiek Adaline (2015)
piątek, 25 lipca 2014
[KSIĄŻKA] W. Kałużyński - Pół życia w ciemności
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Tagi



Mój film łeb:



Legenda:

Kawał kina! -
Warto -
Niezły -
Tylko z nudów -
Nigdy w życiu! -


Lista osobista: