Kategorie: Wszystkie | Cała reszta | Rankingi | Recki | Zwiastuny
RSS
piątek, 15 lutego 2019
Dlaczego po raz drugi z rzędu nie obejrzę Oscarów, choć wcześniej zawsze* oglądałem Oscary

*poza czasami, gdy nie mogłem oglądać Oscarów, bo nie było transmisji w publicznej TV, a ja nie miałem jeszcze dostępu do szerokopasmowego Internetu, ale nawet wtedy słuchałem relacji w Polskim Radiu



Oscary (dziewięćdziesiąte pierwsze) już za nieco ponad tydzień. Ja, zamiast po raz kolejny marnować trzy godziny mojego życia na oglądanie transmisji na żywo, poszedłem po rozum do głowy i zmarnowałem trzy godziny mojego życia na sklecenie odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule. Zapraszam do lektury.


1) Bo Oscary nie są już oknem na świat kina (i telewizji**) Zachodu


Lata 90. bywały dla kinomaniaków w Polsce niusowym bezrybiem. Po przemianach ustrojowych w Polsce (które zbiegły się w czasie z upowszechnieniem się VHS-ów) Hollywood bezapelacyjnie wygrało walkę o rząd dusz tutejszych amatorów filmu. Wiedzę o tym, co dopiero zawita do kin i wypożyczalni mozolnie kompilowało się jednak ze strzępków informacji zamieszczanych w prasie codziennej i pismach branżowych. Każdą, nawet najbardziej zdawkową zapowiedź pielęgnowało się w pamięci niczym zalążek pod przyszłe filmowe olśnienia. Pamiętam, jak kiedyś w „Cinema Press Video” z wypiekami na twarzy przeczytałem krótką wzmiankę na temat o nowej części Szklanej pułapki, która tym razem miała rozgrywać się na pokładzie statku wycieczkowego. Gdy w 1995 roku (a może był to już rok 1996?) obejrzałem wreszcie Szklaną pułapkę 3, nie bez rozczarowania stwierdziłem, że przedstawiona historia – choć stanowiąca trzon całkiem solidnego akcyjniaka – nijak ma się do tej anonsowanej przed laty na łamach „CPV” (dopiero po latach dowiedziałem się, że tamten scenariusz Szklanej pułapki został zrealizowany jako Speed 2). Obie Szklane pułapki 3 – ta prawdziwa i ta, której akcja rozegrała się tylko w mojej głowie – w równym stopniu wryły mi się w pamięć.
Oscary często były zapowiedzią tego, co dopiero miało pojawić się w polskich kinach (wszak przesunięcia względem premier amerykańskich często sięgały wówczas kilku miesięcy) lub wypożyczalniach (tu trzeba doliczyć kolejnych kilkanaście tygodni). W rezultacie częściej niż obecnie oglądało się filmy już nagrodzone – już oscarowe, a nie tylko z oscarowym potencjałem. Krótkie, kilkunastosekundowe klipy prezentowane podczas oscarowej gali – w latach 90. transmitowanej na żywo w telewizyjnej Jedynce – w owym czasie pełniły często funkcję teaserów – pierwszych sneak peaków, jakie docierały do polskich widzów. Resztę, jak w przypadku tamtej Szklanej pułapki, dopisywała wówczas wyobraźnia.

Ceremonie oscarowy stanowiły również jedną z nielicznych okazji do zobaczenia zachodnich gwiazd kina poza srebrnym ekranem i utwierdzenia się w wiedzy, że za każdą wykreowaną postacią kryje się jednak prawdziwy celebryta człowiek.

** Telewizji, bo różnica między realizowaną z rozmachem ceremonią oscarową, a lokalną siermięgą serwowaną na co dzień w TVP była uderzająca.


2) Bo ceremonia oscarowa stała się zakładnikiem Nielsena



Choć zrezygnowano (póki co) z – delikatnie mówiąc – dość niemądrego pomysłu wprowadzenia nowej kategorii najlepszego filmu popularnego, to dowodów na  to, że akademia wykonuje coraz bardziej desperackie kroki mające zwiększyć oglądalność ceremonii i wpływy z reklam nie brakuje. Od kilku już lat honorowych Oscarów – celebrujących historię kina i naprawiających błędy oraz wypaczenia przeszłości – nie wręcza się podczas głównej ceremonii. W tym roku z kolei, oprócz bezpardonowego wycięcia czterech kategorii z transmisji na żywo, do dwóch ograniczono również liczbę wykonywanych na żywo piosenek. Oscary, w wydaniu docierającym do odbiorców przed telewizorami, to więc w coraz mniejszym stopniu ceremonia rozdania nagród za osiągnięcia techniczne i artystyczne, a w coraz większym telewizyjne show. Show, dodajmy, mocno wątpliwej jakości rozrywkowej. 


3) Bo Oscary karmią się emocjami kibica


Jestem to do pewnego stopnia w stanie zrozumieć. Chcemy, aby film, który podobał się nam bardziej, zdobył większe uznanie niż ten, który podobał się nam mniej (lub nie podobał się wcale). Znajdujemy w tym potwierdzenie wyrafinowania naszego gustu i słuszności własnych spostrzeżeń.
Ilekroć jednak nominowani są „nasi”, emocje te nabierają lekko nacjonalistycznego posmaku. Wszelkie pozory obiektywizmu są wówczas zarzucane, a chęć znalezienia aprobaty z zewnątrz dla własnych wrażeń ustępuje potrzebie uznania dla krajana i połechtania patriotycznego ego. W tym roku takim Małyszem Oscarów jest Paweł Pawlikowski (trzeba jednak przyznać, że Zimna wojna to znakomity film). 
Wydawać by się mogło również, że największe (tak pod względem oglądalności, jak i generowanego buzzu) święto kina to też świetna okazja do pochylenia się nad największymi osiągnięciami artystycznymi i technicznymi w kinie w mijającym roku, jak również przekrojową, krytyczną analizą wiodących tematów i motywów. W okołooscarowych publikacjach – profesjonalnych i amatorskich – autorzy raczą nas jednak swoimi przewidywaniami dotyczącymi oscarowej nocy: kto ma największe szanse, jak inne nagrody te szanse zwiększają, jaki wpływ na nie ma demograficzny przekrój członków Akademii… Wyścig oscarowy staje się więc tematem samym w sobie, wyjętym z kontekstu dzieł, które mają zostać nagrodzone, a takie artykuły, choć zamieszczane na portalach poświęconych kulturze, są niczym więcej, jak tylko typami bukmacherskimi.

4) Bo Oscary są nieznośnie polityczne i nieznośnie poprawne (jak i całe Hollywood)

Być może lata 90. w kinie amerykańskim były nazbyt eskapistyczne – przymykające oko na trapiące świat i Amerykę problemy polityczne i społeczne, również te rasowe. Choć w amerykańskim tyglu narodów zaczynało wrzeć coraz mocniej, Hollywood uparcie dociskało przykrywkę, niewinnie przy tym pogwizdując. 
Problemem Akademii – skupiającym jak w soczewce problemy całej Fabryki Snów – jest terror poprawności. I nie mam tu na myśli „akcji afirmatywnej” w obrębie Hollywoodu, czyli zwrócenia większej uwagi na mniejszości etniczne (choć już kampania #OscarsSoWhite była oparta na fałszywych – bo sprzecznych z twardymi danymi statystycznymi – przesłankach), czy też akcji #MeToo, która, jeśli nawet nie przeorała do końca krajobrazu Hollywood, to zwróciła uwagę na poważny problem społeczny, wykraczający daleko poza granice Fabryki Snów. W tyglu musiało w końcu zacząć kipieć.  Hollywood musiało się sparzyć.
Terror poprawności definiuję jako obawę przed urażeniem kogokolwiek w czasach, gdy urazić kogokolwiek jest niezwykle łatwo. Nie byłoby terroru poprawności, gdyby nie powszechność mediów społecznościowych umożliwiających każdemu wylanie swoich frustracji oraz ich mariażu z mediami tradycyjnymi, które dla zwiększenia klikalności chętnie każdy głos oburzenia podkręcą. Hollywood chodzi więc na paluszkach, bojąc się kolejnego skandalu. Gwiazdy Hollywood posypują głowy popiołem, przepraszając za filmy, które wyniosły je na piedestał i przyniosły gruby hajs. Ci, którym przez przypadek wymsknie się coś szczerego i ciekawego, są natychmiast atakowani z pozycji moralnej wyższości i zmuszani do apology tours. W takich warunkach nie da się uprawiać ciekawej – prowokacyjnej, nieoczywistej, czy lekko nawet skandalizującej – sztuki i nie da się o sztuce w ciekawy sposób rozmawiać. W rezultacie otrzymujemy co prawda kino politycznie zaangażowane, stające raczej po słusznej stronie, jednak w swojej wymowie ugrzecznione i do bólu przewidywalne (co nie znaczy, że nie ma od tej reguły wyjątków). 
Ceremonie oscarowe stanowią destylat tych trendów. W tym roku uznanie Akademików znalazły przynajmniej dwa filmy o dość wątpliwych walorach artystycznych, ale dobrze wpisujące się w klimat społeczno-polityczny i pozycjonujące Hollywood jako ostoję światopoglądowego liberalizmu. Za tydzień usłyszymy też zapewne przemowy, dzięki którym gwiazdy kina określą się jako obrońców uciśnionych, a także żarty obierające sobie łatwe cele; żarty, które z pewnością wzbudzą aplauz, jednak raczej nie ze względu na swoją błyskotliwość, a moralną słuszność. Widzowie usłyszą więc garść komunałów wygłoszonych przy okazji nagradzania w większości dość banalnych filmów. Szkoda czasu.

niedziela, 10 lutego 2019
Ralph Demolka w Internecie (2018)

O całkiem słusznej demolce.

Ralph Demolka w Internecie (2018)

Jedno Ralphowi Demolce w Internecie trzeba oddać: tytuł nie kłamie. Tym razem Ralph i Wandelupa trafiają do sieci, gdzie ten pierwszy robi, no, demolkę. Mocno pretekstowa fabułka opiera się na pogoni za McGuffinem – kierownicą do automatu do gry. Jeśli bohaterowie jej nie zdobędą, gra Wandelupy trafi na złom. Tyle tytułem streszczenia.

Zarysowana tu wizja Internetu – ogromnego miasta, w którym rytm życia wyznaczają potrzeby konsumpcyjne, miasta opanowanego przez korporacje (drobni przedsiębiorcy mogą jedynie odwalać lewiznę lub, w najlepszym wypadku, chodzić na krótkiej smyczy tychże korporacji),  w którym uczucia przelicza się na pieniądze – nie musi koniecznie być wizją nieprawdziwą, ale przygnębia brakiem krytycyzmu. 

Koncepcja Internetu jako współczesnej agory – dziś śmiesząca swoją naiwnością, ale jeszcze kilkanaście lat temu rozpalająca umysły akademików – w Ralphie 2 swoje odzwierciedlenie znajduje jedynie w głupich i/lub nienawistnych komentarzach w soszjal mediach, stając się przyczynkiem do krótkiej pogadanki na temat hate’u w sieci. Tyle jeśli chodzi o zagrożenia płynące z Internetu.

Brak krytycyzmu nie może jednak dziwić, skoro jedną z ww. korpo jest sam Disney, który chętnie korzysta z okazji, aby przypomnieć o wszystkich swoich franczyzach: tych własnych i tych zagarniętych. Najwięcej uwagi poświęca księżniczkom: z jednej strony, jako firma niepozostająca głucha na obecne zmiany społeczno-kulturowe, opatruje ich biografie ironicznym komentarzem, podkreślając, jak doskonale wpisują się w trącący dziś myszką schemat damsel in distress; z drugiej podkreśla ich zaradność i niezależność (od mężczyzn). Pozwala to Disneyowi zjeść ciasto i mieć ciastko: księżniczki są zbyt dochodowym towarem, żeby ot tak z nich zrezygnować i zakopać w ogródku jak inne artefakty niezbyt chwalebnej przeszłości wytwórni. Koniec końców okazuje się jednak, że dziewczyny, dopiero co uwolnione z więzów patriarchatu, stały się niewolnicami własnej korpo. Obecnie muszą nawet dzielić ze sobą komnatę.

Warto jednak podkreślić, że Ralph 2 to także bardzo zgrabna opowieść z morałem: tym razem to Wandelopa szuka swojego miejsca w życiu, przy okazji ucząc Ralpha, jak nie zadusić bliskiej osoby toksyczną przyjaźnią. Disney nadal umie we wzruszenia. 

 

Ralph Breaks the Internet, scen. Phil Johnston i Pamela Ribon, reż. Phil Johnston i Rich Moore, wyst. John C. Reilly, Sarah Silverman, Gal Gadot; USA 2018.

 

wtorek, 31 stycznia 2017
La La Land (2016)

O musicalu kultury remiksu.

lalaland

Tekst zawiera delikatne spoilery.

Ona (Emma Stone) marzy o tym, by zostać aktorką, on (Ryan Gosling) pragnie otworzyć własny klub jazzowy. Oboje są pasjonatami sztuki, którą decydują się uprawiać. Łączy ich miłość do kultury przeszłości, na której zbudowali swoją tożsamość oraz miasto, które w ich oczach, mimo swoich wad (takich jak choćby powierzchowne traktowanie własnej historii), będzie tym miejscem, gdzie spełnią się ich marzenia.

Ich własne fascynacje przenikają się z wrażliwością reżysera Damiena Chazelle'a, który z jednej strony obficie cytuje z klasyków musicalu, z drugiej pozwala Sebie (bohaterowi Goslinga) zajmująco opowiadać o historii jazzu i tym, jak on rozumie jego istotę. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że La La Land to passion project reżysera.

Film, pomimo względnej błahości opowiadanej historii, czaruje estetyką wykonania oraz szczerością (jako bliskim krewnym naiwności). W erze, gdy większość hollywoodzkich produkcji wysokobudżetowych realizowanych jest w odcieniach zielononiebieskiego i pomarańczowego, ujrzenie świata przedstawionego w szerokiej palecie intensywnych barw (jak u wczesnego Almodóvara) jest doświadczeniem odświeżającym. Zdjęcia przedstawiają Los Angeles w wyjątkowo korzystnym świetle (nie dziwią liczne artykuły zachęcające do podążania śladami bohaterów), a montaż nadaje opowieści niezbędnej dynamiki, przywołując jedocześnie najlepsze momenty z poprzedniego projektu reżysera – Whiplash (całość zmontował ten sam Tom Cross, wówczas nagrodzony Oscarem). Dzięki szczerości zaś Chazelle’owi udaje się zręcznie balansować na krawędzi kiczu (scena w obserwatorium) i chwytać za serce pomimo sprzedawania dość prostej i kinowo ogranej – w trakcie projekcji mój umysł najczęściej przywoływał obrazy z 500 dni miłości – historii.

Przy całym ogromie niezaprzeczalnego talentu, Emma Stone i Ryan Gosling nie są nowymi Debbie Reynolds i Genem Kellym. Na tle musicalowych gwiazd przeszłości wypadają ledwie poprawnie, ale i zyskują na autentyczności jako ci, którzy dopiero stoją u progu sławy. Jednocześnie relatywne amatorstwo pary głównych aktorów pokazuje niestety, jak martwym gatunkiem jest musical (umówmy się, że Step Upy, mimo sukcesu finansowego, trafiają jednak w niszę i tacy też aktorzy – niszowi – znajdują tam zatrudnienie). La La Land może być początkiem krótkotrwałej mody na mainstreamowy musical, ale raczej nie doprowadzi do jego trwałego wskrzeszenia – przynajmniej dopóki nie pojawi się ktoś, kto podejdzie do gatunku z pozycji innej niż postmodernistyczna. Jest to musical kultury remiksu, piękna róża pozostawiona na zapomnianym nagrobku.

La La Land to drugi z rzędu film Chazelle’a, którego przesłanie sprowadza się do: kariera (sukces) okupiona jest poświęceniem – złożeniem w ofierze czegoś, co w danej chwili wydaje się fundamentalne dla naszego szczęścia, ale z jakichś powodów pozostaje kłopotliwym balastem. Nie uważam, że teza ta jest z gruntu fałszywa, ale nie kupuję jej jako prawdy absolutnej, a powtarzanie jej w drugim kolejnym filmie zdaje się sugerować, że właśnie tak traktuje ją Chazelle. Czy to tylko cyniczna obserwacja człowieka, który na co dzień obserwuje realia życia w L.A., czy może jest w tych bliźniaczych historiach pierwiastek autobiograficzny?

Na szczęście w sprzedawaniu tej myśli nie jest tu tak radykalny jak w Whiplash. Chazelle już nie usprawiedliwia, a jedynie przygląda się ze zrozumieniem, dzięki czemu obraz kończy się nutą w najgorszym razie słodko-gorzką, co w połączeniu z wyjątkowo zręcznym żonglowaniem znanymi motywami i techniczną biegłością skutkuje dziełem sycącym zmysły i głęboko satysfakcjonującym. Warto dać się oczarować.

 

La La Land, scen i reż. Damien Chazelle, wyst. Emma Stone, Ryan Gosling; USA 2016.

poniedziałek, 09 stycznia 2017
Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie (2016)

O kinowym odpowiedniku "Kevina samego w domu"

W największym skrócie Łotr 1 jest pełnometrażowym rozwinięciem wydarzeń opisanych w napisach początkowych do Nowej nadziei, a więc – SPOILER ALERT (srsly?) – historii wykradzenia planów nowej broni Imperium, która położy kres dość chaotycznym działaniom Rebelii i zdusi w zarodku plany odbudowania Republiki. Jak to w Gwiezdnych Wojnach bywa, wątek mesjanistycznej odpowiedzialności za losy galaktyki przeplata się z wątkiem osobistym: sukces misji Jyn Erso, głównej bohaterki tej opowieści (Felicity Jones), pozwoli na odkupienie przynajmniej części win jej ojca, zniewolonego kolaboranta Imperium.

Łotr 1 jest filmem formalnie nienagannym – sprawnym, szanującym zarówno historię serii, jak i własną odrębność, rozwijającym wizualny język sagi (wreszcie dali sobie spokój z tymi tandetnymi przejściami montażowymi), trzymającym dobre tempo i operującym na tym samym rejestrze emocjonalnym co oryginał sprzed czterech dekad. W tym sensie jest to najlepszy film z gwiezdnowojennego uniwersum od czasu Powrotu Jedi (1983).

Jednocześnie Łotr 1 powiela problem, który dał o sobie znać już przy okazji Przebudzenia mocy, jednak wówczas wyrosły z nostalgii i oczekiwań hajp stępił ostrze krytyki, jaka powinna była spaść na dzieło J.J. Abramsa. Obie disnejowskie próby rozszerzenia mitologii SW są bowiem boleśnie wtórne i jako takie stanowią – na gruncie fabularnym – dość wyraźny krok wstecz w stosunku do tego, co do zaproponowania miał w swoim autorskim dziele George Lucas w epizodach I-III. Przebudzenie mocy było de facto miękkim remakiem Nowej nadziei, choć przecież historia sagi mogła zostać poprowadzona w milion różnych kierunków (where no Jedi has gone before).

Na tym tle należy spojrzeć na Łotra 1 nieco przychylniej, bo, choć scenarzystów ograniczał sztywny gorset timeline’u zdefiniowanego przez poprzednie części sagi, nadali poszczególnym elementom opowieści w miarę oryginalny sznyt (chociażby przez wprowadzenie nowych, dobrze nakreślonych postaci), a nawet przemycili refleksję na temat przedmiotowego stosunku systemu totalitarnego do własnych zasobów ludzkich i rewolucji, która pożera własne dzieci. Przesłania trzeba szukać głębiej niż u Lucasa, ale jest.

Nie sposób jednak nie zauważyć, że jest to kolejny film z serii opowiadający mniej więcej o tym samym, a więc o zakradaniu się przez Rebeliantów do baz Imperium celem wykradzenia lub zniszczenia czegoś i zarazem kolejny, w którym bohater(ka) ma daddy issues. Zamiast więc wykorzystać możliwości, jakie oferuje bogate uniwersum SW (bogatsze niż jakiekolwiek inne franczyzowe uniwersum, jakie w ostatniej dekadzie rozpanoszyło się po kinach), Disney (że uproszczę) zdaje się świadomie ograniczać rozwiązania fabularne celem corocznego wskrzeszania tych samych emocji. Wszystko wskazuje na to, że kolejne odsłony będą budowane wciąż z tych samych klocków — tych samych zwrotów akcji, tych samych relacji między bohaterami, tych samych motywacji, indywidualnych i kolektywnych. Gwiezdne wojny będą utrzymywane przy życiu przez wieczne powtórzenie.

Nowe SW wykorzystują więc tę samą tęsknotę, która przez lata zapewniała sprzedaż laserdisków i VHS-ów z oryginalnymi częściami cyklu (IV-VI) — pozwalają wrócić do dobrze znanego świata i odkurzyć związane z nim emocje. Przy takim podejściu wtórność jest, niestety, nieunikniona, podobnie jak gasnący stopniowo entuzjazm, zgodnie z zasadą wyrażoną w angielskim idiomie familiarity breeds contempt (przyzwyczajenie rodzi lekceważenie/pogardę). Swoją powszechnością (wszechobecnością) seria zostanie metodycznie odarta z wyjątkowości. SW swój status w kulturze masowej zawdzięcza wszak nie tylko samym filmom, ale też nostalgiczno-sentymentalnemu wyobrażeniu tychże i wspomnieniu własnego kinowego oczarowania. W przypadku młodszych widzów można mówić o nostalgii odziedziczonej po tatusiach-nerdach.

Każdy kolejny film, choć pozornie opowiadający coś nowego, będzie więc oznaczał powrót do dobrze znanej i już oswojonej opowieści. Okołoświąteczna data premiery kolejnych części będzie z kolei czerpać z rozbudzanej w tym okresie potrzeby podtrzymywania tradycji i celebrowania rytuałów cofających nas do czasów dziecięcej niewinności. O ile podejście producentów nie ulegnie zmianie, Gwiezdne Wojny staną się wkrótce dla kinomanów tym, czym dla polskiej świątecznej widowni telewizyjnej jest Kevin sam w domu. Świątecznym rytuałem, żartem lub przekleństwem.

 

Rogue One, reż. Gareth Edwards, scen. Chris Weitz i Tony Gilroy; wyst. Felicity Jones, Diego Luna, Ben Mendelsohn; USA 2016.

środa, 30 listopada 2016
Niepotrzebni mogą odejść (1947)

O terroryzmie bez ideologii.

oddman1

 

Johnny McQueen (świetny James Mason) jest przywódcą bojówki terrorystycznej, która – choć jej nazwa z ekranu nigdy nie pada – ze względu na miejsce (miasto w Irlandii Północnej, prawdopodobnie Belfast) i czas akcji (druga połowa lat 40.) musi przywodzić na myśl IRA, podówczas obecną na scenie polityczno-społecznej Irlandii już trzecią dekadę. Postrzelony podczas napadu rabunkowego i zgubiony przez swoich towarzyszy, Johnny ukrywa się przed przeczesującymi każdy zakątek miasta policjantami. Z drugiej strony frontu na jego poszukiwania rusza Kathleen, w której domu ukrywał się przez ostatnie pół roku. Kathleen kocha Johnny’ego, choć siłę tego uczucia dopiero sobie uświadomi.

Obraz, wbrew klasyfikacji zamieszczonej na filmwebach, nie stanowi przykładu filmu noir – z tym gatunkiem reżyser Carol Reed zmierzy się dopiero dwa lata później w arcydzielnym Trzecim człowieku z Orsonem Wellsem, choć i tu gatunkowi puryści mogą zaprotestować, upierając się, że niezbywalną cechą filmu noir musi być jego amerykańskość. Tak czy siak, Niepotrzebnym… zdecydowanie bliżej do klasycznego melodramatu doprawionego szczyptą opowieści dickensowskej.

Mimo że fabularnym punktem wyjścia jest działalność rewolucyjna, a więc stricte polityczna, film pozostaje z premedytacją apolityczny, o czym informuje już na początku stosowna plansza:  

 oddm1

[Tłem tej opowieści są polityczne napięcia w jednym z miast Irlandii Północnej. Jej istotą nie jest walka pomiędzy organami prawa a nielegalną organizacją, lecz konflikt rozgrywający się w sercach jej przypadkowych bohaterów.]

Nigdy nie poznajemy więc ideałów ani celów politycznych Johnny’ego i pozostałych członków jego grupy – możemy domyślać się go wyłącznie z kontekstu historycznego. Również osoby, które w trakcie tego wieczoru spotykają na swojej drodze głównego bohatera, choć rozpoznają w nim terrorystę i poszukiwanego zabójcę, jak jeden mąż wzbraniają się przed deklaracjami i zaangażowaniem, jakby ten definiujący życie w kraju i stosunki społeczne konflikt osobiście ich nie dotyczył. Okazywane mu współczucie ma wymiar czysto ludzki i wynika z faktu, że jest ciężko ranny. Źródło tych ran wydaje się być zupełnie bez znaczenia.

Twórcy nigdy nie zarysowują więc głównej osi sporu ideologicznego, co – choć jest ich świadomym wyborem, nadającym całości wymiaru uniwersalnego moralitetu – sprawia, że gdy skonfliktowani (ze sobą, ale też wewnętrznie) bohaterowie dzielą się swoimi wątpliwościami i racjami, lub gdy Johnny przeżywa epifanię, ich słowom brakuje ciężaru autentyczności, a moralna ambiwalencja głównego bohatera musi być wzięta na wiarę. Niepotrzebni… zawodzą więc tam, gdzie triumfowała zrealizowana pięć lat wcześniej Casablanca: tam też polityka była tłem dla opowieści romantycznej, ale precyzyjnie zarysowana stanowiła katalizator akcji i pozwalała na pełne zrozumienie racji każdej z postaci. Tu wszyscy mówią naokoło i nigdy nie dotykają sedna sytuacji, w której się znaleźli.  

Odd Man Out, reż. Carol Reed, scen. F. L. Green i R. C. Sherriff; wyst. James Mason, Robert Newton, Kathleen Ryan; Wlk. Brytania 1947.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
| < Luty 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28      
Tagi



Mój film łeb:



Legenda:

Kawał kina! -
Warto -
Niezły -
Tylko z nudów -
Nigdy w życiu! -


Lista osobista: